Menu

Gwiazdeczkomania Pisania

Mania Pisania. Próba powiedzenia czegoś, ale inaczej...

Szczere wyznanie...

gwiazdeczkomania

Tytuł dość jasny, ale reszta?! Cóż...no sama nie wiem. 

Nienawidzę określenia "to skomplikowane". Starałam się go unikać zawsze. Starałam się też widzieć odcienie szarości pamiętając o czerni i bieli, które wywołują cienie...jednak,...pomimo chęci człowiek czasami nie ma sił na dostrzeganie niczego poza "czernią" lu "bielą".
Dla mnie temat miłości zawsze był prosty. Albo kogoś kochasz, albo nie. Nie ma nic pomiędzy. Podobnie z szacunkiem, zaufaniem, czy innymi tematami fundamentalnymi dla związku.
Starałam się przez pryzmat swoich doświadczeń...określać pewne zasady w życiu.
Na przykład zanim związałam się z kimkolwiek określałam zasady...oczywiście realne. Nie oszukujemy się. Nie zdradzamy siebie...
Trafiałam na osoby zazwyczaj z pewnymi doświadczeniami i zasady określaliśmy razem.
Nie było to nic innego. Robią tak wszyscy, tyle że ja i moi partnerzy określaliśmy zasady na wstępie i głośno.
Dzięki temu nie było zmiłuj kiedy zasada którakolwiek była złamana. Skoro mnie okłamałeś - spadaj. Miałam prawdziwy powód, aby cokolwiek zakończyć czy kogokolwiek oskarżyć. Zasady padały bowiem głośno i nikt nikogo do niczego nie zmuszał, a skoro jesteśmy dorośli i oboje świadomie je potwierdzaliśmy....cóż.
Uważam bowiem, że skoro facet czy babka Cię zdradził/ła...to trochę na Twoje życzenie skoro kierujesz się zasadą, że "to logiczne w związku". Coś jakbym była zabezpieczona po prostu.

Same początki mojego związku z Panem Mężem to chyba kwestie przypadków. I tak cały czas...wszystko jakby zaplanowane wcześniej samo się realizuje zgodnie ze scenariuszem, a my tylko odgrywamy swoje role...
Jednakże...czasami pewne sceny powstają z naszego buntu, bo chyba scenariusz przegina.... :P
Tak sobie myślę czasami. Pomimo, ze nie wierzę w żaden los, czy przeznaczenie.
Uważam, że nic nie dzieje się bez przyczyny, a każda znajomość coś ma nam w życie wnieść...taaa. Pewnie się powtarzam już trochę do znudzenia...ale ja naprawdę w to wierzę!
Los, przeznaczenie...?! To nie lepiej leżeć na kanapie i czekać, aż samo przyjdzie?! Po co się stresować? Zgadywać itp...
DECYZJE. To one są sterem naszego życia. Sterem i pilotem, ale i piórem którym zapisujemy puste strony księgi zwanej potocznie naszym życiem.
Serio w to wierzę. W siebie.
Kiedy podejmowałam decyzję o życiu z Panem Mężem to nadal była moja decyzja. Może i podjęta nie do końca zanim przemyślana...ale...podjęta przeze mnie. Nikt mnie przecież siłą do ołtarza nie ciągnął, ani siłą fizyczną, ani psychiczną nie zmusił do powiedzenia "tak". Zrobiłam to sama. Może trochę w przekonaniu, że jak wszystko dotychczas i to będzie na jakiś czas.
No, ale niestety...Dwadzieścia lat to niewiele na określenie czy ta ścieżka jest właściwa dla nas czy też nie...Tak myślę sobie...
Nie żałuję. Żeby nie było. To doświadczenie mojego życia. Wiele mnie nauczyło. Wykreowało mnie jak każde inne....ale.

Podczas mojego związku z Panem Mężem wiele rzeczy się wydarzyło. Te miłe i te mniej....różne po prostu. niektóre wspominam z uśmiechem na twarzy, a przy innych płaczę...ale, na tym to chyba ma polegać, co nie?!
Nasi dziadkowie przecież nie rozwodzili się. Oni spędzali ze sobą większość życia. Od ołtarza, aż po grób...naprawiali co się dało...resztę akceptowali...
A teraz?!

Nie wiem jak to u Was, ale ja osobiście chyba nie umiem naprawić...nie żebym nie chciała zestarzeć się przy facecie, który jest ojcem trójki moich dzieci, z którym spędziłam dekadę swojego życia, z którym pomimo wszystko sporo mnie łączy...ale...
Prosić się o uczucia można tylko trochę, potem coś nas zatrzymuje...i chyba wczoraj dotarłam do takiego punktu.
Myślałam, że po wszystkim co nas spotkało to już nic gorszego się nie może wydarzyć...
Ale poczucie "zerowości", które odczułam podczas kiedy mnie uderzał...dało się wybaczyć podczas gdy nigdy o tym nie zapomnę.
Ale...wstyd. Nie. No nie dam rady przeskoczyć.
Ja go kocham pomimo wszystko. Może i na swój sposób, ale kocham. Okazuję mu uczucia. Te dobre, ale i te złe...wiele staram się mu mówić, aby po prostu wiedział i może z czasem, aby mnie zrozumiał kiedyś. Mówię mu wiele wprost, o wiele sama pytając...kiedy odpowiada ja mu mówię jak to rozumiem...i nawet to działa. Chyba za bardzo!
Wczoraj mówiłam o różnych zachowaniach. O upominaniu przy ludziach, zwracaniu uwag, czy wręcz ignorowaniu przy innych...wreszcie wieczorem zapytałam go...
Najpierw o atmosferę w pracy. O to czy chłopaki śmieją się między sobą z innych kolegów itp...oczywiście w ten negatywny sposób, nie zwykłe żarciki. Pytałam o żony, czy rozmawiają o nich w robocie.
Odpowiadał i czułam, że mówi szczerze...wreszcie odważyłam się i powiedziałam:

"Czy Ty się mnie wstydzisz?! Nie za mnie, a mnie?!"...

Nie odpowiedział. Zamilkł. Wiedziałam, że nie śpi. Ale nie powiedział nic...odczekałam w bezruchu z dobrą godzinę i poszłam do łazienki...przepłakałam pół nocy...a on spał.

Tak. Jestem otyła. Tak.
Tak. On jest szczuplejszy ode mnie. Tak.
Tak. On jest wręcz chudy po prostu. Tak.
...ale ja sobie na to nie zasłużyłam...ja go do bycia razem nie zmuszam...i nigdy nie miałam zamiaru....

© Gwiazdeczkomania Pisania
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci